Zapraszam! All rights reserved!
RSS
piątek, 29 maja 2015

 

Przed kilkoma dniami w poznańskim Centrum Kultury Zamek można było obejrzeć "Dziady" w reżyserii Lecha Raczaka. Spektakl został zrealizowany przy wsparciu Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego w ramach Konkursu na Inscenizację Dawnych Dzieł Literatury Polskiej "Klasyka Żywa". 

Lech Raczak, szerzej znany jako założyciel Teatru Ósmego Dnia i twórca kontrowersyjnego spektaklu "Spisek smoleński", zdecydował się sięgnąć do klasyki polskiego romantyzmu. Nie jest to jednak pierwsza przygoda reżysera z twórczością Adama Mickiewicza. Podobne przedstawienie realizował już w Teatrze imienia Heleny Modrzejewskiej w Legnicy. Czyżby właśnie popełniał twórcze samobójstwo, wchodząc do tej samej rzeki i odkurzając zużyte motywy? 

Nic podobnego! "Dziady" w nowej odsłonie to historia utrzymana w zupełnie innym nastroju. Podczas legnickich przedstawień w powietrzu unosił się zapach młodzieńczego buntu, dialogi buzowały pragnieniem wolności i nieposkromionymi ambicjami. Stąd znacznie bardziej energiczna (choć także rozpisana na głosy) improwizacja Konrada; stąd postawienie zbuntowanej młodzieży w kontrze do pro-carskiego establishmentu. Tymczasem w "Dziadach" wystawianych przez Trzeci Teatr widzimy więźniów pozbawionych indywidualizmu, gnębionych niekończącymi się przesłuchaniami. Zamiast krzepiącego monologu Wysockiego słuchamy wyrzutów matki torturowanego Rollisona (znakomita Małgorzata Walas-Antoniello), musimy oglądać sceny ilustrujące fragmenty Ustępu, kiedy gnani mrozem zesłańcy nie ustają w upiornym marszu na Północ.

Cechą łączącą oba spektakle pozostaje minimalistyczna scenografia. Niewielka ilość rekwizytów (Bohdan Cieślak), nieskomplikowane kostiumy (Natalia Kołodziej) czy subtelna gra świateł (Krzysztof Urban) pozwalają łatwiej skupić się na treści przedstawienia. A że w scenariuszu przenikają się dialogi i monologi z II, III i IV części Dziadów, w rozwoju wydarzeń mógłby pogubić się sam Adam Mickiewicz. Nic dziwnego, skoro możemy wsłuchiwać się w monolog upiora Gustawa z IV części dramatu, zgrabnie uzupełniający się z monologiem innej umęczonej duszy – pasterki Zosi z części II. Dopiero przemiana Gustawa w Konrada wprowadza nieco zdezorientowanych widzów w świat III części Dziadów.

Nastrój grozy i zwątpienia budują motywy muzyczne (Jacek Hałas) a całości dopełnia nieco psychodeliczna pantomima bohaterów (ukłony w stronę odpowiadającego za ruch sceniczny Bartłomieja Rzeźnikiewicza). Wielkie brawa należą się wszystkim aktorom Trzeciego Teatru, ale na szczególne uznanie zasługuje Robert Zawadzki, ekspresyjnie wcielający się w rolę Nowosilcowa. Pochwały należą się także Helenie Ganjalyan i Adamowi Kupajowi za stworzenie barwnych kreacji szatanów.

Czy można w jakikolwiek sposób porównać wartość spektakli z Poznania i Legnicy? To bardzo niewdzięczne zadanie, ale wydaje się, że w sztuce realizowanej przez Teatr im. Heleny Modrzejewskiej więcej było witalności, energii i wyrazistości, pozwalających pełniej odczuwać motywy metafizyczne i lepiej zrozumieć entuzjazm towarzyszący wszelkim ruchom wolnościowym.

czwartek, 21 maja 2015

Lubicie książki obfitujące w porywające wydarzenia? W nagłe zwroty akcji, dzięki którym bohaterowie – wciągnięci w feralne intrygi – przemieszczają się z miejsca na miejsce lotem błyskawicy? W powieściach Wiesława Myśliwskiego nie znajdziecie podobnych atrakcji.

Niezwykłość jego książek polega na czymś zupełnie innym. Niespieszne tempo akcji okraszone doskonałą poetyką sprawiają, że nietrudno postawić się w roli głównego bohatera. Nie inaczej poczuje się czytelnik "Ostatniego rozdania" – najnowszej powieści Wiesława Myśliwskiego, która na pierwszy rzut oka może wydawać się banalna. Ot, mężczyzna w średnim wieku stara się zrobić porządek z notesem, który aż pęcznieje od natłoku informacji – nazwisk, imion, adresów i numerów telefonu. Wydawałoby się – nic prostszego jak selekcja i założenie nowego notatnika.

Prostota całego zadania to jednak tylko pozory – rozważaniom bohatera towarzyszą wspomnienia związane z poszczególnymi osobami, towarzyszące im perypetie, chwile radości, zwątpienia czy rozczarowań. Bohater z każdą literą, z każdą kartką zdaje się smakować dotychczasowe życie, układać w pamięci rozmaite zdarzenia. Wspomnienia pozbawione są chronologii, co doskonale chroni przed znużeniem i ułatwia stopniowe poznawanie narratora. Czytelnik może wręcz poczuć się kimś wyjątkowym, skoro główny bohater powierza mu swoje tajemnice i dzieli się wątpliwościami. Dzięki temu dajemy się ponieść nurtowi pozornie nieuporządkowanych wydarzeń z udziałem bohatera-narratora: dziecięcych zabaw, nieudanej przygody z malarstwem, krótkiego terminowania u krawca Radzikowskiego, partii pokera z szewcem Mateją, licznych podróży w interesach, przelotnych romansów… Motywem niejako spajającym wszystkie te zdarzenia jest wątek niespełnionej miłości, którą obdarzyła go koleżanka z młodości – Maria, przez lata pisząca do niego mniej lub bardziej intymne listy.

Opisywane zdarzenia – nieco zacierające się w pamięci bohatera – stanowią zaledwie przyczynek do znacznie głębszych rozważań. Bohater stara się uporządkować swoje życie, zrozumieć naturę przypadkowości i przemijania, ułomności ludzkiej pamięci czy potęgę niespełnionej miłości. To także wyraz tęsknoty za życiem bardziej uporządkowanym, za stabilizacją, której on sam właściwie nie doświadcza. Przeciwnie – wciąż pozostaje w biegu, usiłuje znaleźć punkt zaczepienia w zmieniającej się rzeczywistości.

Wszystko to sprawia, że "Ostatnie rozdanie" jawi się jako kolejna próba stworzenia powieści totalnej, w której bohater próbuje zrozumieć koleje własnego życia. Powieści filozoficznej, która nie rodzi łatwych odpowiedzi – raczej mnoży coraz to nowe pytania. Próba to bardzo udana, nawiązująca do innych znakomitych książek autora jak "Widnokrąg" czy "Traktat o łuskaniu fasoli".

niedziela, 16 marca 2014

W piątek 21 lutego sala teatralna w Teatrze Ósmego Dnia wypełniła się niemal do ostatniego miejsca. Widzowie zobaczyli najnowszy monodram Janusza Stolarskiego – Hiob, mój przyjaciel. Współorganizatorem spektaklu było Koło Naukowe „Aurora”, w roli głównej wystąpił sam autor.

Nietrudno domyślić się, że osią przedstawienia jest cierpienie biblijnego Hioba. Motyw zakładu szatana z Bogiem staje się właściwie pretekstem do podjęcia rozważań wykraczających poza ramy Starego Testamentu. Janusz Stolarski wciela się w postać będącą w głębokim kryzysie. Hiob, nie widzący nadziei na poprawę własnego losu, zmęczony dręczącymi go dolegliwościami, zaczyna stawiać coraz bardziej kłopotliwe pytania.

Tytułowy bohater zastanawia się czy światem rządzą jakiekolwiek prawidłowości i czy działania człowieka wpisują się w logiczny wzór. Czy siła Boga lub natury jest tak wielka, że należy z pokorą przyjąć każdy, choćby najbardziej nieszczęśliwy wypadek? Czy naturę lub Boga można nagiąć do własnej woli? Czy radość lub cierpienie pozostają w związku z naszym wcześniejszym postępowaniem? A jeśli tak, w jaki sposób powinniśmy unikać cierpienia?

Pytania do oryginalnych nie należą, ale siłą spektaklu jest przede wszystkim to, że bohater nie znajduje prostych odpowiedzi. Nie sili się na moralizatorski ton, nie dochodzi do żadnej prawdy objawionej. Jego dramat polega właśnie na tym, że staje przed trudnościami, które nie tylko go przytłaczają, ale też sprawiają, że czuje się bezradny.

Spektakl zyskuje dzięki efektom dźwiękowym oraz znakomitej grze światła i cienia (ukłon w stronę Renaty Stolarskiej), a Janusz Stolarski jak zwykle nie schodzi poniżej wysokiego poziomu. Jego pantomima oraz umiejętna intonacja oddziałują na wyobraźnię i pozwalają niemal znaleźć się w skórze bohatera. Szkoda tylko, że pod względem oryginalności monodram nie dorównuje takim spektaklom jak Ecce homo czy Orfeusz i Eurydyka.

niedziela, 09 marca 2014

Uderzający. To zdecydowanie najlepsze określenie, jakie przychodzi do głowy po obejrzeniu ostatniego filmu Stephena Frearsa. Tajemnica Filomeny rozpoczyna się od mocnego uderzenia, a potem robi się coraz ciekawiej. Uderza nie tylko początek dramatu, ale także dalsza – oparta na faktach – historia.

 

Filomena Lee – irlandzka katoliczka, zostaje oddana na wychowanie do klasztoru. Przypadkowo zachodzi w ciążę, co wprawia zakonnice w mieszaninę złości i zakłopotania. Oburzenie jest jednak dość powierzchowne. Siostry decydują się oddać dziecko do adopcji godniejszym ludziom, a przy okazji znajdują doskonały sposób na podreperowanie klasztornego budżetu. Dopiero po pięćdziesięciu latach Filomena próbuje odnaleźć syna. Poszukiwania nabierają rozpędu, gdy do gry włącza się Martin Sixsmith – były dziennikarz, który poszukuje nowych wyzwań po nieudanym epizodzie na stanowisku rzecznika rządu Tony’ego Blaira.

 

Wbrew pozorom wymowa filmu nie jest jednoznaczna. Tajemnicy Filomeny daleko do antykatolickiego pastiszu i prostej historii o skrzywdzonej kobiecie, szukającej sprawiedliwości i zemsty na sprawcach jej osobistego nieszczęścia. To raczej film drogi, w którym rozczarowania i gorzkie refleksje przeplatają się ze świetnie wyważoną dawką sarkazmu i ciepłego humoru. Doskonałe proporcje komizmu i powagi biorą się z zestawienia bohaterów wywodzących się z różnych klas społecznych. Z jednej strony Filomena – zaczytująca się w romansach, wierząca w potęgę modlitwy i przeznaczenia; z drugiej Martin – absolwent Oxfordu, ateista, któremu nie uśmiecha się myślenie w kategoriach dogmatów wyznaniowych. Rozmowy między Martinem i Filomeną niekiedy bawią, innym razem skłaniają do refleksji; pozwalają dostrzec złożoność ich charakterów i wzajemnych relacji. Bohaterowie okazują się dynamiczni i wywierają na siebie ogromny wpływ. Szczególnie uwidacznia się to w postawie Filomeny, która wciąż walczy z wątpliwościami, ważąc w myślach posłuszeństwo wobec Kościoła katolickiego, własne rozczarowania, naukę o potrzebie miłosierdzia i przebaczenia.

 

Wielkie wrażenie robi gra Judy Dench. Aktorka – szerzej znana z roli szefowej Jamesa Bonda – stworzyła ujmującą kreację Filomeny, a zagrana przez nią postać długo nie pozwala o sobie zapomnieć. Szkoda tylko, że nominacja do Oscara nie przełożyła się na otrzymanie przez nią tej prestiżowej statuetki. Znakomicie partneruje jej Steve Coogan; znany przede wszystkim z ról komediowych, doskonale wpisuje się w portret dziennikarza, odtrąconego przez świat wielkiej polityki. Atutem filmu jest też scenariusz (nominowany do Oscara), którego współautorem jest… właśnie Coogan.

 

Wszystko to sprawia, że niezwykła podróż zmierza do dość zaskakującej – uderzającej wręcz – puenty. Uderzającej jak cały obraz Stephena Frearsa.

niedziela, 26 stycznia 2014

Wczoraj po raz kolejny obejrzałem film Miloša Formana – Amadeusz. Ekranizacja sztuki o problemach Wolfganga Amadeusza Mozarta jak zwykle dostarczyła wielu powodów do przemyśleń. Doskonała charakteryzacja pozwala wczuć się w klimat XVIII-wiecznego Wiednia, a dzięki kreacjom legendarnego kompozytora (niezapomniany śmiech Toma Hulce’a) i jego przeciwnika – Antonio Salieriego (oskarowa rola F. Murraya Abrahama) zapominałem, że w realiach filmu rzeczywistość miesza się z fikcją literacką. Zastanawiało mnie jak dziś poradziłby sobie taki geniusz muzyczny?

 

 

Wydaje się, że austriacki kompozytor nie tylko wyprzedził swoją epokę, ale i przyszło mu komponować w niesprzyjających okolicznościach. Syn niezamożnego nauczyciela muzyki przez wiedeńską śmietankę bywał traktowany z lekceważeniem, a i na dworze nie brakowało ludzi gotowych rzucać mu kłody pod nogi. Sam cesarz melomanem nie był, więc jego zmienne nastroje mogły przywieść do zguby każdego kompozytora. Chyba najlepiej ilustruje to scena z Amadeusza. Ziewnięcie cesarza podczas premiery Wesela Figara wystarczyło, by sztuka została wycofana po dziesięciu przedstawieniach. Bzdurne zarządzenia i cenzura również nie ułatwiały pracy Mozartowi, który w filmie skarży się Salieriemu, że dyletanci nie powinni mieć prawa decydować o wartości jego utworów.

Dziś, w państwach demokratycznych, to nie władze decydują, który utwór zdobędzie wielką popularność. Co wcale nie musi być bardziej sprawiedliwe niż cesarskie widzimisię. W dobie Internetu każdy może zostać muzykiem czy kompozytorem. Wystarczy udostępnić swoje nagrania na portalach internetowych. Portale takie jak YouTube czy Myspace codziennie odwiedzają miliony internautów; wśród nich wielbiciele rozmaitych gatunków muzyki, agenci, menedżerowie, szefowie wielkich korporacji. Rodzina Mozartów nie musiałaby podróżować po całej Europie, by zaprezentować umiejętności syna. Wystarczyłoby pozwolić, by internetowe nagrania zaczęły żyć własnym życiem… 

Tylko czy to na pewno takie proste? Największym zmartwieniem nie jest brak potencjalnych odbiorców, lecz – choć zabrzmi to paradoksalnie – nadmierny dostęp do muzyki. Przeciętny internauta nie należy do wymagających słuchaczy i pewnie nie ma bardziej wyrafinowanego gustu niż XVIII-wieczny cesarz Austrii. Gdyby Mozart dowiedział się, że teledysk Gangam style doczekał się blisko dwóch miliardów wyświetleń na YouTube a bardziej wymagające kompozycje rzadko przekraczają kilkanaście tysięcy odsłon, pewnie nie uwierzyłby własnym oczom. Utwory Mozarta mogłyby więc przepaść w całej masie filmików przeciętnych czy zwyczajnie głupich, noszących znamienne miano hitów Internetu.

Na szczęście internauci kochają filmy, na których ludzie dokonują niemożliwego. Kto wie, czy kilkuletnie dziecko wygrywające skomplikowane utwory nie wzbudziłby zainteresowania milionów widzów. Takich cudownych dzieci nie widuje się codziennie. A jeśli Mozart nie przebiłby się na portalach internetowych, pozostałyby jeszcze programy w rodzaju Mam Talent, które mogłyby przynieść mu niemałą rozpoznawalność. Wtedy na pewno zainteresowałby się nim jakiś menedżer, który dostrzegłby w nim żyłę złota i szybko zaprojektował rozwój kariery. Pewnie pomógłby mu podpisać kontrakt z liczącą się wytwórnią, sprzedać melodię do filmu, reklamy chipsów, piwa czy samochodów, podkręcić licznik oglądalności na YouTube. Sam Mozart musiałby pewnie udzielić kilku mniej lub bardziej zajmujących wywiadów dla portali plotkarskich i telewizji śniadaniowych, wywołać kontrolowany skandal obyczajowy, założyć bloga i konto na Twitterze, szokując rzesze wiernych czytelników. Ale projektowanie karier i promocja wizerunku to temat na osobny wpis...

sobota, 28 grudnia 2013

Ocean na końcu drogi jest powieścią pełną niespodzianek. To chyba najcelniejsza charakterystyka książki, w której nic nie jest tym, czym wydaje się być na pierwszy rzut oka. Początek całej historii w ogóle nie wskazuje na to, że mamy do czynienia z fantastyką. Ot, zwyczajny mężczyzna wraca w rodzinne strony, by zatrzymać się na farmie państwa Hempstocków. Farma właściwie nie zmieniła się od czasów jego dzieciństwa, podobnie jak położony na tyłach domu staw. To właśnie nad stawem mężczyzna przywołuje zapomniane wspomnienia z dzieciństwa…

W swojej najnowszej powieści Neil Gaiman ukazuje przeżycia nieco samotnego siedmiolatka, w którego rykoszetem uderzają finansowe problemy rodziców. Kłopoty z domowym budżetem sprawiają, że pokój chłopca zostaje oddany do wynajęcia. Główny bohater musi zadowalać się dzieleniem pokoju z młodszą siostrą i znosić trudne charaktery kolejnych mieszkańców. Sytuacja pogarsza się gwałtownie, gdy jeden z lokatorów – górnik opali z Południowej Afryki, popełnia samobójstwo w samochodzie należącym do rodziców chłopca. To jednak dopiero początek problemów… Śmierć górnika przywołuje pradawne moce, które dotychczas pozostawały w zaświatach. Odtąd w życiu siedmiolatka pojawiają się stwory rodem z najbardziej mrocznych koszmarów, a sama opowieść staje się coraz ciekawsza. Chłopiec nie może liczyć na pomoc rodziców, zauroczonych przez demona w ludzkiej postaci. Jedynymi osobami, do których może się zwrócić, okazują się tajemnicze kobiety z rodziny Hempstocków, posiadające iście magiczne umiejętności.

Ocean na końcu drogi nie stanowi jednak prostej historii o walce dobra ze złem. Neil Gaiman zabiera czytelników w świat z pogranicza fantasy, thrillera i baśni. Otrzymujemy powieść o sile przyjaźni i zaufania, potędze wyobraźni czy schematach utartych skojarzeń, które nie pozwalają sięgnąć głębiej i dostrzec rzeczy takimi, jakimi naprawdę są. To również powieść o mrocznych instynktach, tkwiących w umyśle każdego człowieka; o utraconych złudzeniach; wreszcie o naturze zła, gotowego zaatakować, gdy spodziewamy się tego najmniej.

W realiach powieści nie brak również wątków magicznych oraz metafizycznych, doskonale przemycanych w dialogach. Staw na farmie Hempstocków okazuje się oceanem wiedzy, miejsce dziecięcych zabaw magicznym kręgiem, a sama farma azylem przed działaniem najbardziej mrocznych sił. Wszystko zostało okraszone mistrzowskim suspensem i wprowadzeniem niezwykle barwnych postaci, z którymi nie sposób się nudzić. Zwłaszcza że motywy magiczne zaskakują na każdym kroku.

Wbrew pozorom, Ocean na końcu drogi nie wpisuje się w nurt literatury dziecięcej. Przynajmniej niezupełnie. Trafniej byłoby napisać, że to książka dla dzieci, którymi niegdyś byli dorośli czytelnicy. Cytując autora Małego księcia – Antoine’a de Saint Exupéry’ego:

Wszyscy dorośli byli kiedyś dziećmi. Choć niewielu z nich o tym pamięta.  

środa, 25 grudnia 2013

W tak szczególnym okresie Świąt Bożego Narodzenia

życzę Wam, drodzy Czytelnicy

zdrowych, spokojnych, ciepłych i przede wszystkim rodzinnych Świąt,

uczty zarówno kulinarnej jak i kulturalnej

oraz aby te Święta były dla Was inspiracją na cały nadchodzący rok!

P.S. W okresie świąteczno-noworocznym możecie liczyć na drobny, choć nieco spóźniony prezent - recenzję książki "Ocean na końcu drogi" Neila Gaimana. Powieści, którą warto przeczytać. 

poniedziałek, 23 grudnia 2013

Wielki powrót czy odcinanie kuponów? To pytanie musiało towarzyszyć wszystkim, którzy oczekiwali na najnowszą powieść Andrzeja Sapkowskiego. Niełatwo było przewidzieć, czego właściwie spodziewać się po „Sezonie burz”, stanowiącym dość nieoczekiwany powrót do literackich korzeni autora.

Znakomite zbiory opowiadań: „Ostatnie życzenie” oraz „Miecz przeznaczenia” czy pięciotomowa „Saga o wiedźminie” sprawiały, że można było z przyjemnością zaczytywać się w przygodach wiedźmina Geralta – zmutowanego zabójcy potworów. Siła całego zbioru nie tkwi jednak w krwawych jatkach, lecz w niezwykłości bohaterów, niespodziewanych zwrotach akcji i doskonale prowadzonych dialogach. We wszystkim, czego brakuje w „Sezonie burz”.

Autor nie decyduje się na kontynuację „Sagi o wiedźminie”. Przeciwnie – sięga do wydarzeń poprzedzających większość znanych dotychczas historii. Takie rozwiązanie, choć zupełnie niespodziewane, zabija emocje skuteczniej niż wiedźmin uśmierca potwory. Najważniejsi bohaterowie utrzymują się przy życiu, bo przecież będą regularnie pojawiać się w późniejszych wątkach…

Poza tym trudno o bardziej przewidywalne rozwiązania fabularne. Wiedźmin odwiedza rozmaite miejsca – czasem z własnej woli, innym razem zmanipulowany przez książąt czy czarodziejów. Czasami ubija kolejne potwory, kiedy indziej wplącze się w poważniejszą intrygę czy przelotny romans… Nie ma w tym jednak cienia oryginalności, więc powieść – mimo całkiem dynamicznej fabuły i pewnej swobody narracyjnej – pozostawia wiele do życzenia. Niekiedy można odnieść wrażenie jakby ktoś chciał podszyć się pod Andrzeja Sapkowskiego, by naśladować jego niepowtarzalny styl i podrabiać doskonale znane postacie. Nawet dialogi – do tej pory znak rozpoznawczy popularnego „Sapka”, wypadają blado. Między bohaterami nie iskrzy, brakuje niebanalnych refleksji, momentami aż prosi się o pomysłową puentę.

Szwankującą fabułę czy dialogi można by jeszcze przeboleć, gdyby bohaterowie byli bardziej naturalni. Nietrudno zgadnąć, który z nich zawodzi najbardziej. Geralt wprawdzie kilka razy pręży muskuły i obija niejednego przeciwnika, a jednak sprawia wrażenie postaci papierowej i płytkiej. Przywodzi na myśl steranego weterana, który chętnie rozparłby się w bujanym fotelu i powiesił miecze nad kominkiem (a to dopiero początek jego historii!). Poza tym trudno o bardziej efektowną „wydmuszkę” niż Koral – czarodziejkę, która w niczym nie przypomina wyrachowanej intrygantki. Takich „wydmuszek” pojawia się niestety bez liku… Na tym tle wyróżnia się Jaskier – wprawny poeta i nieco pyskaty towarzysz wiedźmina, który zachował większość swoich atutów. Szkoda tylko, że brakuje mu partnerów do barwnych dyskusji… W klimat dawnych opowiadań wpisuje się jeszcze krasnolud Addario Bach ze swoim rubasznym humorem, sadystyczny mag i kilku najemnych zabijaków. Ale to za mało, by stworzyć porywającą lekturę.

Czy reanimacja Geralta po kilkunastu latach była więc komukolwiek potrzebna? Jeśli tak, to na pewno nie w takim stylu, bo zarówno Geraltowi jak i większości pozostałych bohaterów daleko do formy i błyskotliwości sprzed ponad dekady. Zwłaszcza, że zabieg  ten bardziej przypomina terapię elektrowstrząsami niż powierzchowny lifting. W czasie tych kilkunastu lat Geralt stał się postacią kultową a jego rozpoznawalność wykracza daleko poza granice kraju nad Wisłą. Popularność wiedźmina wynika nie tylko ze znakomitego przyjęcia dotychczasowych książek, ale również z serii efektownych gier komputerowych. Wiedźmin przewijający się na kartach "Sezonu burz" przegrał jednak z bohaterem, jakiego znamy z opowiadań czy wielotomowej sagi. Przegrał nawet ze świetnie zdubbingowaną postacią ze świata gier.

Przegrał z własną legendą, i to na każdym polu.

sobota, 07 grudnia 2013

Czy Joanna Bator zasłużyła na Nagrodę Literacką Nike? Zdania są podzielone. Niektórzy uważają, że w swoich powieściach eksploatuje wciąż te same motywy, że brakuje w tym wszystkim błysku, jakiego należałoby oczekiwać od laureatki tak prestiżowej nagrody. Inni zachwycają się zdolnościami językowymi pisarki, która pozornie zwyczajne historie potrafi przekuć w zajmujące opowieści, a w brudnych uliczkach Wałbrzycha pozwala dostrzec coś magicznego. Wydaje się więc, że należałoby postawić inne pytanie. Mianowicie: czy najnowsza powieść Joanny Bator zasłużyła na wyróżnienie?

W powieści Ciemno, prawie noc pozornie nie dzieje się nic szczególnego. Do Wałbrzycha przyjeżdża Alicja Tabor – dziennikarka z ogólnopolskiej gazety, która zamierza napisać reportaż o trojgu zaginionych dzieci. Przynajmniej oficjalnie, bo czytelnik szybko przekonuje się, że nie jest to jedyny cel jej wizyty. Alicja próbuje dowiedzieć się czegoś o wydarzeniach z przeszłości, których nie potrafiła zachować w pamięci. Na jej codziennym życiu cieniem kładzie się śmierć bliskich, zwłaszcza siostry – Ewy i dość niejasne przeczucie, że nad opuszczonym, rodzinnym domem, ciąży nieokreślone fatum. Wraca więc po latach do starego, poniemieckiego budynku, w którym dawniej mieszkała, odnawia znajomość z tajemniczym panem Albertem i dwójką nie mniej osobliwych znajomych ze szkolnej ławki, poznaje równie intrygującego Marcina, wreszcie odkrywa na nowo topografię miasta, przywołując dawne wspomnienia.

Jeśli ktokolwiek spodziewa się sentymentalnej podróży w przeszłość, może się jednak rozczarować. Wałbrzych ukazany został jako miasto upadłe, pełne nieczynnych kopalni, odrapanych kamienic, głodujących kotów i nieporadnych mieszkańców, którzy nie załapali się na transformację ustrojową. Miasto samozwańczych proroków, ale i dość dziwacznych kobiet, które zdają się żyć na granicy światów. Wszechobecna bieda połączona z bezrobociem, depresjami i alkoholizmem prowadzą do rozmaitych patologii, mogących zmrozić krew w żyłach największego twardziela. Alicja okazuje się bardzo skrupulatnym narratorem, opisującym drastyczne zdarzenia z niemal fotograficzną dokładnością. Ale czy wszystko sprowadza się do poczucia wykluczenia? Co tak naprawdę staje się przyczyną okrucieństwa? Alicja poszukuje odpowiedzi na to niezwykle trudne pytanie, starając się sięgnąć do korzeni absolutnego zła…

Wszystko to sprawia, że powieść łączy w sobie elementy realizmu i fantastyki, horroru i powieści kryminalnej, ale nie brakuje w niej pewnych elementów humorystycznych, reporterskich czy nawet poetyckich. Takie połączenie środków literackich nie wydaje się jednak doskonałe. Przeciwnie – sprawia, że książka staje się miejscami chaotyczna, nieczytelna a postacie, którym nie sposób odmówić sporego potencjału, stają się papierowe i w gruncie rzeczy sztuczne. W efekcie kulminacyjna scena, rozgrywająca się na wałbrzyskim rynku, nie wywołuje cienia strachu ani nawet obrzydzenia. Co najwyżej wprawia w lekkie zażenowanie.

Pisarka stara się prowadzić kilka równoległych narracji, w teraźniejszość wplata coraz to nowe wspomnienia i dygresje. Ten z pozoru interesujący zabieg przyprawia czytelnika o zawrót głowy, ale też powoduje, że nie sposób zaczerpnąć tchu i złapać właściwy rytm. Zupełnie niezrozumiałe jest przeplatanie fabuły trzema odsłonami obelg, stylizowanymi na wpisy internautów. Ani to odkrywcze, ani potrzebne. Wydaje się, że autorka podejmuje zbyt wiele ważnych tematów, takich jak: rasizm, ksenofobia, wykluczenie, ideologia gender czy przywiązanie do pustej symboliki katolicyzmu. Szkoda tylko, że w natłoku wątków giną potencjalnie najjaśniejsze punkty utworu: niebanalna zagadka kryminalna, frapująca przeszłość rodziny Alicji czy pana Alberta, znakomicie połączone z legendą księżnej Daisy – ostatniej pani na zamku Książ.

Czytelnik otrzymuje więc powieść napisaną z rozmachem, ale i pewną nonszalancją. Niejednolity język i brak jakiegokolwiek motywu spajającego całą opowieść sprawiają, że o porównaniach z takimi laureatami Nagrody Nike jak Wiesław Myśliwski czy Andrzej Stasiuk po prostu nie może być mowy. 

czwartek, 31 października 2013

Zastanawialiście się kiedyś nad idealną lekturą na Halloween? Jeśli nie macie nastroju na przebieraną imprezę a z chodzenia po domach w poszukiwaniu cukierków dawno wyrośliście, warto pogasić wszystkie światła, zapalić kilka dawno nieużywanych świeczek i sięgnąć po „Księgę cmentarną” Neila Gaimana.

Powieść stanowi doskonałe połączenie fantasy, horroru i czarnej komedii, a że akcja rozgrywa się na starym, niemal zapomnianym cmentarzu, trudno o coś bardziej odpowiedniego na ten szczególny wieczór. „Księga cmentarna” rozpoczyna się od drastycznego wydarzenia – potrójnego morderstwa, którego dokonuje bliżej nieznany sprawca imieniem Jack. Ofiarą tajemniczego zabijaki pada młode małżeństwo i mała dziewczynka, ale jednemu z członków rodziny udaje się zbiec. Mały chłopczyk szczęśliwie ucieka z domu, morderca gubi trop i chwilowo daje sobie spokój z poszukiwaniem dziecka.

Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie fakt, że chłopiec znajduje schronienie u… cmentarnych duchów. Zjawy obdarzają uciekiniera „ochroną cmentarza” i ukrywają przed światem, dopóki niebezpieczeństwo nie zostanie zażegnane. Przybranymi rodzicami malucha zostają państwo Owens – dystyngowana para zmarłych w epoce wiktoriańskiej, którzy za życia nie doczekali się własnego dziecka. Sami jednak nie mogą żyć poza cmentarzem, więc w opiece nad chłopcem pomaga niejaki Silas – postać tyleż intrygująca co tajemnicza, mogąca opuszczać cmentarzysko nocami. Chłopiec otrzymuje imię Nikt, zdrobniale Nik (w wersji angielskiej Nobody, w skrócie Bod) i… to chyba dość, na początek.

„Księga cmentarna” stanowi zbiór powiązanych ze sobą historii, toczących się w cieniu ciągłego zagrożenia. Nie brakuje w nim chwil dramatycznych i trudnych, przeplatanych momentami pogodnymi i zabawnymi. Z narracji i dialogów doskonale przebija czarny humor pisarza a spotykani przez Nika bohaterowie stanowią prawdziwą galerię osobliwości. Obok mocno eksploatowanych postaci upiora, wilkołaka czy wiedźmy w powieści znajdujemy bardziej oryginalne motywy, zaczerpnięte z mitologii arabskiej czy celtyckiej. Wraz z Nikiem uzyskujemy wstęp do świata magii, znikamy i przemieszczamy się w snach, a wszystko to okraszone jest mnóstwem wrażeń. Wdzieramy się do prastarego grobowca strzeżonego przez tajemniczego potwora – Swija (angielski Sleer), zostajemy porwani i uwięzieni, a stado ghuli zabiera nas – niezupełnie dobrowolnie – do świata nieznanego zwykłym śmiertelnikom. To jednak nie jedyne przygody chłopca, który dopiero na koniec musi zmierzyć się ze swoim przeznaczeniem…

Książka – mimo dość mrocznego klimatu – napisana jest z lekkością i swadą. Wydaje się, że można ją czytać nawet w samochodzie po zatrzymaniu się na światłach. Prosty język i nieskomplikowana fabuła sugerowałyby, że mamy do czynienia z literaturą dziecięcą, ale z drugiej strony… Trudno nie oprzeć się wrażeniu, że pewne odniesienia nie muszą być oczywiste dla dziesięciolatka, za to wyławianie ich stanowi nie lada frajdę dla nieco starszych czytelników. Wydaje się, że jest to książka dla osób w każdym wieku, jeśli niestraszny im dreszczyk emocji połączony z pewną dozą fantastyki i humoru. 

Słowem, książka stworzona na Halloween.

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 6
| < Lipiec 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
          1 2
3 4 5 6 7 8 9
10 11 12 13 14 15 16
17 18 19 20 21 22 23
24 25 26 27 28 29 30
31            
Tagi